Co wypada? Dobrze się ze sobą czuć

rozmowa z Anną Orską
Co wypada? Dobrze się ze sobą czuć - rozmowa z Anną Orską

Co wypada? Dobrze się ze sobą czuć.
Zatrzymując się nad tą myślą, rozmawiamy z Anną Orską – projektantką permanentną. O jej refleksjach, nieustającej pracy, spokoju zbijającym z tropu, życiu z gęsią skórką, mistycznej lace oraz uwodzącym zapachu metalu wypadałoby więc dyskutować nad filiżanką ulubionej kawy. Takiej po wietnamsku.

fot. materiały prasowe Orska


Niedawno odbyła się premiera Twojej kolekcji biżuterii „Wietnam”. Pierwsze więc pytanie, jakie chce zadać, to gdzie tak naprawdę powstają Twoje projekty?
Niezmiennie, od lat – w głowie. Kiedyś próbowałam się od tego oderwać, bo większość sugerowała, że trzeba rozdzielić pracę od życia prywatnego. Ale ja nie mam tych granic i nie będę udawać, że jest inaczej. Już z tym nie walczę – projektuję non stop, nawet jak myślami jestem w innym miejscu i wydaje się, że do pracowni mam daleko – dosłownie czy w przenośni. Inspiracja może pochodzić z miejsc, podróży, zapachu, który w danym momencie czuję, ludzi, których widzę, emocji czy przeżyć wewnętrznych, jakie mam, nowopoznanych rzemiosł. Jestem projektantem permanentnym.

Czyli jak projektujesz?
Sposobów na samo projektowanie jest ogrom. Mi sprawdza się duża ilość szkicowania i rysowania, rozmyślania i notowania tego, co chodzi mi po głowie. To, co mi wychodzi z ręki i z gestu jest jedną z cenniejszych rzeczy. Tak mnie wychowano i tak nauczyłam się pracować. Poza tym dużo modeluję w przestrzeni: rzeźbię, buduję, np. z papieru. Mam też w pracowni coś, co nazywam laboratorium - tu eksperymentuję. Jestem na takim etapie życia, że pozwalam sobie na całą masę prób i niepowodzeń... Dopiero z nich wychodzą rzeczy, nad którymi mogę się pochylić i je rozwinąć. Gdybym miała przed nimi lęk, to pewnie projektowałabym rzeczy już wcześniej sprawdzone, klasyczne i zachowawcze.

Zatrzymajmy się przy laboratorium. Co dokładnie się tam dzieje?
Laboratorium to szumne stwierdzenie, ale zdecydowanie potrzebuję przestrzeni na szukanie nowych rozwiązań, zastosowań nowych technologii i materiałów, tworzenie własnych. To nie wyjdzie bez fizycznych prób. Żeby uzyskać efekt, na jakim mi zależy, muszę niektóre procesy poddać eksperymentom. Wydaję mi się, że trzeba po prostu działać. Nie lubię być biernym projektantem, tylko aktywnym. Jak szperacz, podróżnik, poszukiwacz – próbować odnaleźć się w różnych surowcach. Takie podejście pasuje do mojego sposobu życia i do charakteru.


fot. materiały prasowe Orska

Czego w takim razie poszukiwałaś w Wietnamie? I dlaczego tam?
Pierwszy raz podjęłam decyzję, że chce jechać w „podróż do pracy” z dziećmi i dlatego szukałam bezpiecznego miejsca. No i interesowały mnie perły. Bardzo chciałam mieć je w kolekcji, tylko… wprowadzić je nie tak mechanicznie, a z dużą świadomością. Pokazać, że powstają w głębinach mórz, opowiedzieć ile mają lat, jak długo są hodowane, w jakich warunkach, jak ludzie opiekują się nimi. W Wietnamie planowałam nurkować, żeby zobaczyć farmy pereł i dowiedzieć się o nich więcej, ale to niestety się nie udało. Wybrałam je jedynie jako elementy do całej kolekcji, a jako bazę, w zamian, znalazłam coś innego... I całe szczęście! Powstała wyjątkowa kolekcja.

Znalazłaś lakę – zarówno surowiec, jak i technikę rzemieślniczą.
Wymarzoną! Zależało mi na tym już dziesięć lat temu, podczas pobytu w Tajlandii, żeby poznać tę technikę wytwarzania.. Wtedy się nie udało, pewnie nie był na to dobry czas. Dlatego kiedy teraz pojawiła się okazja – weszłam w to z dziecięcą radością! Przypadkiem, trafiłam do wioski pod Hanoi, która słynie z jej produkcji. Jak pierwszego dnia zwiedziłam wszystkie warsztaty, w których tworzy się z laki meble lub przedmioty codziennego użytku… miałam dreszcze na ciele! To jest mój syndrom, że „jest dobrze”. Dwadzieścia lat projektuję i ciągle tak samo reaguję – mam gęsią skórkę z emocji. Wiedziałam wtedy, że jestem na „Mount Evereście” i że jest szansa, aby powstało tutaj coś wyjątkowego.

Opowiedz coś więcej! Dlaczego laka jest taka wyjątkowa?
To żywica, która jest bardzo trwała, a jednocześnie bardzo lekka. Czyni powierzchnię szlachetną. Taka sama jest też technika jej nakładania. Wymaga czasu i cierpliwości. Jak zaczęłam mieszkać w tej wiosce, wśród ludzi, którzy wykonywali to rzemiosło na co dzień – laka stała się moim rytmem, niczym oddychanie. Co pięć godzin byłam w warsztacie, żeby nakładać i zeszlifowywać kolejne jej warstwy, a tym samym przykrywać i odkrywać ornamenty z masy perłowej (którą wcześniej umieściłam we wzorze). I tak w kółko. Minimum kilkanaście razy. Cały proces trzeba wykonać ręcznie, nie mechanicznie. Dla mnie to coś w rodzaju medytacji. Takie mistyczne doznanie. Przedmiot, który tyle razy ma się w dłoniach i dopieszcza się przy powstawaniu, ma, moim zdaniem, zupełnie inną energię.

fot. materiały prasowe Orska

No właśnie, przedmiot, któremu poświęcamy uwagę. W Twoim przypadku biżuteria. Jak ją dziś traktujemy, jak nosimy, po co jest? Czym jest dla Ciebie?
W dzisiejszych czasach ma wiele znaczeń. Tak jak kiedyś przypisywano jej rożnego rodzaju moce i wierzono, że w czymś pomoże, uchroni nas przed złymi mocami, tak dziś, choć nie traktujemy jej aż tak magicznie, wracamy do początków. Chodzi mi o to, że dziś ludzie szukają znaczeń w przedmiotach i przykładają wagę do ich różnych właściwości. Zatrzymują się na nimi. W różnych obszarach życia zmienia się nasza świadomość: wiemy, co jemy, poznajemy zastosowanie ziół, chcemy być bliżej natury, obcować z nią, mamy potrzebę ręcznego wytwarzania produktów i rzemiosła. To samo dotyczy biżuterii. Żyjemy w pędzie, ale w kontrze, chcemy się zatrzymać i dowiedzieć z czego jest wykonana ta biżuteria, którą mam nosić, z jakich komponentów się składa, jaka jest historia danej kolekcji... Wiesz, co jeszcze jest świetne w dzisiejszych czasach?

Co?
Że nam tyle rzeczy wolno. Coraz bardziej pozbywamy się myślenia: „wypada?”, „nie wypada?”. Jedyną rzeczą, nad którą wypada się zastanowić, to czy się w czymś człowiek dobrze czuje. Robimy więcej dla siebie. Dlatego też nosimy biżuterię – taką a nie inną – bo chcemy się tak, a nie inaczej, czuć. Dobrze czuć.

Więc to, jaką nosimy biżuterię, staje się świadomą decyzją. Jest wypowiedzią.
Tak, na pewno tak. Kiedyś stwierdziłam, że są ludzie, którzy nosząc daną biżuterię podkreślają tylko swoją siłę, oryginalność, to kim są. Lekko podkręcają, już i tak mocną, osobowość. Ale są też osoby, które z natury są bardzo delikatne, a chcą czuć się silne. I dlatego właśnie założą wyrazistą biżuterię. Najważniejsze, żebyśmy nie czuli się przebrani, tylko po prostu sobą.

fot. materiały prasowe Orska

Czy pamiętasz w takim razie moment, w którym poczułaś, że dobrze Ci będzie z biżuterią? Że to jest TO?
Dokładnie go pamiętam. To była chwila, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w fabryce. Miłość od pierwszego wejrzenia. Najbardziej uwiódł mnie zapach. Do tej pory uwielbiam zapach metalu. Jest w nim trochę ziemi, mgły, trochę pogody po deszczu i parnego powietrza, orientalnych przypraw. Jestem od takiego zapachu uzależniona. Siłą rzeczy ciągle mnie otacza. I nawet jak wracam do domu to moje dzieci wyczuwają, że przychodzę z pracowni.

No dobrze: weszłaś do fabryki, poczułaś zapach metalu i co dalej?
Uzmysłowiłam sobie jeszcze jedną rzecz.

Jaką?
Wychowano mnie w takim duchu, że można wiele rzeczy zrobić samodzielnie. Klasycznych mebli nie miałam w domu nigdy, mój dom z założenia był inny. Rzemiosło było czymś tak standardowym, jak zrobienie sobie obiadu. To nie zawsze było łatwe, ale dzięki temu wyjątkowemu otoczeniu, w jakim się wychowałam, dziś doceniam przedmioty oraz niestandardowe podejście. Więc jak pojawiłam się w fabryce i zrozumiałam, że te wszystkie rzeczy wytwarzają się na moich oczach, to pomyślałam, że ja nie chcę szukać dalej. Ja po prostu wiem. No i wtedy zaczął się długi proces, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem dziś.

Czym projektowanie biżuterii, którym się zajmujesz, różni się od projektowania innych przedmiotów?
Wydaje mi się, że mam więcej wolności. Biżuteria nie musi być super funkcjonalna, możliwe więc, że więcej jej się wybacza, choć oczywiście istotnym jest dla mnie fakt dobrego samopoczucia i wygody, osoby która ją nosi. Z drugiej strony właśnie jest bardziej osobista. Nie stoi obok – jak mebel czy urządzenie. Wychodzę z założenia, że projektuję dla ludzi, więc najbardziej mnie cieszy, jak widzę moją biżuterię na kimś, na ulicy.

Czyli to, co daje Ci satysfakcję, to końcowy efekt?
Nie jest dla mnie celem samym w sobie wyprodukowanie rzeczy. Mam dwa momenty, które mnie cieszą na maksa. Pierwszy to wtedy, kiedy tworzenie dzieje na moich oczach: cały ten proces, razem z porażkami, potknięciami. Bardzo mnie to motywuje i pokazuje, że się da. A drugi moment, kiedy widzę, że moja biżuteria jest noszona przez inne osoby. Serce mi rośnie. Nie ma nic bardziej fantastycznego. Ludzie czasem nie zdają sobie sprawy, ile proces projektowy zajmuje czasu i pracy, bo żyjemy w czasach, w których wszystko dzieje się szybko i posiadamy względnie łatwo. A w związku z tym, że projektuje dla moich klientów, przyjaciół i siebie samej, to widok jej na ciałach innych jest dla mnie największym „dziękuję”.

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design  

Ostatni Twój proces projektowy zaszedł w Wietnamie, więc nawiążmy jeszcze do tej podróży. Jakbyś miała zamknąć ją w trzech słowach, to jakie by to były?
… pojedyncze?

Takie hasła, jakie przychodzą Ci do głowy.
Zupa Pho. Laka. Ojej… tylko trzy. No dobra, zapach. Niech będzie zapach. I chyba będę musiała dodać czwarte – nieodzowny element wyposażenia wnętrz – czyli wiatrak. Były wszędzie. Nie dawały absolutnie żadnej wentylacji, tylko i wyłącznie podnosiły powietrze, brud i kurz. Ale stały się symbolem życia. Gdzie nie było wiatraka, nie było człowieka.

A pozostałe hasła? Zupa Pho pewnie też była wszędzie.
Tak – jedyne danie, jakie jadły moje dzieci! Zupa-pewnik. Ostoja. I stała się u mnie w domu bardziej podstawowa niż rosół. Dalej laka – już o niej wspominałam. A zapach? Wietnam zaczął mi się kojarzyć z zapachem ziół. Dopełniają codzienność. I jestem uzależniona od tamtejszej kawy! Najpyszniejsza jaką kiedykolwiek piłam! Kawa po wietnamsku, nawet podam przepis. Zaparzona jak z ekspresu, wcześniej ubija się żółtka z brązowym cukrem, niczym kogel-mogel i dolewa do tego skondensowane mleko. Wszystko to się miesza i dodaje do kawy. Może koś się skusi. To jest szał!

To przyszedł czas na "deser". Mówisz, że z każdej podróży wracasz z jakąś zmianą. Jaką przywiozłaś z Wietnamu?
Wróciłam z taką myślą… Hm, to co mnie zaskoczyło w Wietnamie, to spokój. Ludzie tam żyją inaczej – w zgodzie z naturą, szybko kładą się spać, wstają ze słońcem. Nie ma szaleństwa. Tak niewiele potrzebują, żeby być szczęśliwymi. Spokój, który mają, zbił mnie z tropu. My w naszym pędzie nie dostrzegamy wielu rzeczy. Niestety po powrocie ten pęd mnie dogonił.

To za czym teraz gonisz?
Staram się spełniać swoje marzenia. Pewnie jak każdy, ale próbuję cały czas czerpać radość z relacji i sytuacji, które mnie otaczają i są na wyciągnięcie ręki. Ciągle uczę się korzystać z tego, co jest tak blisko, by nie podróżować zawsze tak daleko.
Oprócz tego mam sporo planów, na których realizacje czekam. Wiele z nich potrzebuje mojego zaangażowania i ogromu pracy, by efekt zadowalał. Są w nich podróże i wiele innych projektów, na myśl o których się do siebie uśmiecham.
Niestety wiele rzeczy robię na ostania chwilę. Może to jest złe. Ale skuteczne (śmiech).

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

 

tekst: Daria Jezierska

Co wypada? Dobrze się ze sobą czuć. 
Zatrzymując się nad tą myślą, rozmawiamy z Anną Orską – projektantką permanentną. O jej refleksjach, nieustającej pracy, spokoju zbijającym z tropu, życiu z gęsią skórką, mistycznej lace oraz uwodzącym zapachu metalu wypadałoby więc dyskutować nad filiżanką ulubionej kawy. Takiej po wietnamsku.

fot. materiały prasowe Orska


Niedawno odbyła się premiera Twojej kolekcji biżuterii „Wietnam”. Pierwsze więc pytanie, jakie chce zadać, to gdzie tak naprawdę powstają Twoje projekty? 
Niezmiennie, od lat – w głowie. Kiedyś próbowałam się od tego oderwać, bo większość sugerowała, że trzeba rozdzielić pracę od życia prywatnego. Ale ja nie mam tych granic i nie będę udawać, że jest inaczej. Już z tym nie walczę – projektuję non stop, nawet jak myślami jestem w innym miejscu i wydaje się, że do pracowni mam daleko – dosłownie czy w przenośni. Inspiracja może pochodzić z miejsc, podróży, zapachu, który w danym momencie czuję, ludzi, których widzę, emocji czy przeżyć wewnętrznych, jakie mam, nowopoznanych rzemiosł. Jestem projektantem permanentnym.

Czyli jak projektujesz? 
Sposobów na samo projektowanie jest ogrom. Mi sprawdza się duża ilość szkicowania i rysowania, rozmyślania i notowania tego, co chodzi mi po głowie. To, co mi wychodzi z ręki i z gestu jest jedną z cenniejszych rzeczy. Tak mnie wychowano i tak nauczyłam się pracować. Poza tym dużo modeluję w przestrzeni: rzeźbię, buduję, np. z papieru. Mam też w pracowni coś, co nazywam laboratorium - tu eksperymentuję. Jestem na takim etapie życia, że pozwalam sobie na całą masę prób i niepowodzeń... Dopiero z nich wychodzą rzeczy, nad którymi mogę się pochylić i je rozwinąć. Gdybym miała przed nimi lęk, to pewnie projektowałabym rzeczy już wcześniej sprawdzone, klasyczne i zachowawcze.

Zatrzymajmy się przy laboratorium. Co dokładnie się tam dzieje? 
Laboratorium to szumne stwierdzenie, ale zdecydowanie potrzebuję przestrzeni na szukanie nowych rozwiązań, zastosowań nowych technologii i materiałów, tworzenie własnych. To nie wyjdzie bez fizycznych prób. Żeby uzyskać efekt, na jakim mi zależy, muszę niektóre procesy poddać eksperymentom. Wydaję mi się, że trzeba po prostu działać. Nie lubię być biernym projektantem, tylko aktywnym. Jak szperacz, podróżnik, poszukiwacz – próbować odnaleźć się w różnych surowcach. Takie podejście pasuje do mojego sposobu życia i do charakteru.


fot. materiały prasowe Orska

Czego w takim razie poszukiwałaś w Wietnamie? I dlaczego tam? 
Pierwszy raz podjęłam decyzję, że chce jechać w „podróż do pracy” z dziećmi i dlatego szukałam bezpiecznego miejsca. No i interesowały mnie perły. Bardzo chciałam mieć je w kolekcji, tylko… wprowadzić je nie tak mechanicznie, a z dużą świadomością. Pokazać, że powstają w głębinach mórz, opowiedzieć ile mają lat, jak długo są hodowane, w jakich warunkach, jak ludzie opiekują się nimi. W Wietnamie planowałam nurkować, żeby zobaczyć farmy pereł i dowiedzieć się o nich więcej, ale to niestety się nie udało. Wybrałam je jedynie jako elementy do całej kolekcji, a jako bazę, w zamian, znalazłam coś innego... I całe szczęście! Powstała wyjątkowa kolekcja.

Znalazłaś lakę – zarówno surowiec, jak i technikę rzemieślniczą. 
Wymarzoną! Zależało mi na tym już dziesięć lat temu, podczas pobytu w Tajlandii, żeby poznać tę technikę wytwarzania.. Wtedy się nie udało, pewnie nie był na to dobry czas. Dlatego kiedy teraz pojawiła się okazja – weszłam w to z dziecięcą radością! Przypadkiem, trafiłam do wioski pod Hanoi, która słynie z jej produkcji. Jak pierwszego dnia zwiedziłam wszystkie warsztaty, w których tworzy się z laki meble lub przedmioty codziennego użytku… miałam dreszcze na ciele! To jest mój syndrom, że „jest dobrze”. Dwadzieścia lat projektuję i ciągle tak samo reaguję – mam gęsią skórkę z emocji. Wiedziałam wtedy, że jestem na „Mount Evereście” i że jest szansa, aby powstało tutaj coś wyjątkowego.

Opowiedz coś więcej! Dlaczego laka jest taka wyjątkowa? 
To żywica, która jest bardzo trwała, a jednocześnie bardzo lekka. Czyni powierzchnię szlachetną. Taka sama jest też technika jej nakładania. Wymaga czasu i cierpliwości. Jak zaczęłam mieszkać w tej wiosce, wśród ludzi, którzy wykonywali to rzemiosło na co dzień – laka stała się moim rytmem, niczym oddychanie. Co pięć godzin byłam w warsztacie, żeby nakładać i zeszlifowywać kolejne jej warstwy, a tym samym przykrywać i odkrywać ornamenty z masy perłowej (którą wcześniej umieściłam we wzorze). I tak w kółko. Minimum kilkanaście razy. Cały proces trzeba wykonać ręcznie, nie mechanicznie. Dla mnie to coś w rodzaju medytacji. Takie mistyczne doznanie. Przedmiot, który tyle razy ma się w dłoniach i dopieszcza się przy powstawaniu, ma, moim zdaniem, zupełnie inną energię.

fot. materiały prasowe Orska

No właśnie, przedmiot, któremu poświęcamy uwagę. W Twoim przypadku biżuteria. Jak ją dziś traktujemy, jak nosimy, po co jest? Czym jest dla Ciebie? 
W dzisiejszych czasach ma wiele znaczeń. Tak jak kiedyś przypisywano jej rożnego rodzaju moce i wierzono, że w czymś pomoże, uchroni nas przed złymi mocami, tak dziś, choć nie traktujemy jej aż tak magicznie, wracamy do początków. Chodzi mi o to, że dziś ludzie szukają znaczeń w przedmiotach i przykładają wagę do ich różnych właściwości. Zatrzymują się na nimi. W różnych obszarach życia zmienia się nasza świadomość: wiemy, co jemy, poznajemy zastosowanie ziół, chcemy być bliżej natury, obcować z nią, mamy potrzebę ręcznego wytwarzania produktów i rzemiosła. To samo dotyczy biżuterii. Żyjemy w pędzie, ale w kontrze, chcemy się zatrzymać i dowiedzieć z czego jest wykonana ta biżuteria, którą mam nosić, z jakich komponentów się składa, jaka jest historia danej kolekcji... Wiesz, co jeszcze jest świetne w dzisiejszych czasach?

Co? 
Że nam tyle rzeczy wolno. Coraz bardziej pozbywamy się myślenia: „wypada?”, „nie wypada?”. Jedyną rzeczą, nad którą wypada się zastanowić, to czy się w czymś człowiek dobrze czuje. Robimy więcej dla siebie. Dlatego też nosimy biżuterię – taką a nie inną – bo chcemy się tak, a nie inaczej, czuć. Dobrze czuć.

Więc to, jaką nosimy biżuterię, staje się świadomą decyzją. Jest wypowiedzią. 
Tak, na pewno tak. Kiedyś stwierdziłam, że są ludzie, którzy nosząc daną biżuterię podkreślają tylko swoją siłę, oryginalność, to kim są. Lekko podkręcają, już i tak mocną, osobowość. Ale są też osoby, które z natury są bardzo delikatne, a chcą czuć się silne. I dlatego właśnie założą wyrazistą biżuterię. Najważniejsze, żebyśmy nie czuli się przebrani, tylko po prostu sobą.

fot. materiały prasowe Orska

Czy pamiętasz w takim razie moment, w którym poczułaś, że dobrze Ci będzie z biżuterią? Że to jest TO?
Dokładnie go pamiętam. To była chwila, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w fabryce. Miłość od pierwszego wejrzenia. Najbardziej uwiódł mnie zapach. Do tej pory uwielbiam zapach metalu. Jest w nim trochę ziemi, mgły, trochę pogody po deszczu i parnego powietrza, orientalnych przypraw. Jestem od takiego zapachu uzależniona. Siłą rzeczy ciągle mnie otacza. I nawet jak wracam do domu to moje dzieci wyczuwają, że przychodzę z pracowni.

No dobrze: weszłaś do fabryki, poczułaś zapach metalu i co dalej? 
Uzmysłowiłam sobie jeszcze jedną rzecz.

Jaką? 
Wychowano mnie w takim duchu, że można wiele rzeczy zrobić samodzielnie. Klasycznych mebli nie miałam w domu nigdy, mój dom z założenia był inny. Rzemiosło było czymś tak standardowym, jak zrobienie sobie obiadu. To nie zawsze było łatwe, ale dzięki temu wyjątkowemu otoczeniu, w jakim się wychowałam, dziś doceniam przedmioty oraz niestandardowe podejście. Więc jak pojawiłam się w fabryce i zrozumiałam, że te wszystkie rzeczy wytwarzają się na moich oczach, to pomyślałam, że ja nie chcę szukać dalej. Ja po prostu wiem. No i wtedy zaczął się długi proces, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem dziś.

Czym projektowanie biżuterii, którym się zajmujesz, różni się od projektowania innych przedmiotów? 
Wydaje mi się, że mam więcej wolności. Biżuteria nie musi być super funkcjonalna, możliwe więc, że więcej jej się wybacza, choć oczywiście istotnym jest dla mnie fakt dobrego samopoczucia i wygody, osoby która ją nosi. Z drugiej strony właśnie jest bardziej osobista. Nie stoi obok – jak mebel czy urządzenie. Wychodzę z założenia, że projektuję dla ludzi, więc najbardziej mnie cieszy, jak widzę moją biżuterię na kimś, na ulicy.

Czyli to, co daje Ci satysfakcję, to końcowy efekt? 
Nie jest dla mnie celem samym w sobie wyprodukowanie rzeczy. Mam dwa momenty, które mnie cieszą na maksa. Pierwszy to wtedy, kiedy tworzenie dzieje na moich oczach: cały ten proces, razem z porażkami, potknięciami. Bardzo mnie to motywuje i pokazuje, że się da. A drugi moment, kiedy widzę, że moja biżuteria jest noszona przez inne osoby. Serce mi rośnie. Nie ma nic bardziej fantastycznego. Ludzie czasem nie zdają sobie sprawy, ile proces projektowy zajmuje czasu i pracy, bo żyjemy w czasach, w których wszystko dzieje się szybko i posiadamy względnie łatwo. A w związku z tym, że projektuje dla moich klientów, przyjaciół i siebie samej, to widok jej na ciałach innych jest dla mnie największym „dziękuję”.

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design  

Ostatni Twój proces projektowy zaszedł w Wietnamie, więc nawiążmy jeszcze do tej podróży. Jakbyś miała zamknąć ją w trzech słowach, to jakie by to były? 
… pojedyncze?

Takie hasła, jakie przychodzą Ci do głowy.
Zupa Pho. Laka. Ojej… tylko trzy. No dobra, zapach. Niech będzie zapach. I chyba będę musiała dodać czwarte – nieodzowny element wyposażenia wnętrz – czyli wiatrak. Były wszędzie. Nie dawały absolutnie żadnej wentylacji, tylko i wyłącznie podnosiły powietrze, brud i kurz. Ale stały się symbolem życia. Gdzie nie było wiatraka, nie było człowieka.

A pozostałe hasła? Zupa Pho pewnie też była wszędzie. 
Tak – jedyne danie, jakie jadły moje dzieci! Zupa-pewnik. Ostoja. I stała się u mnie w domu bardziej podstawowa niż rosół. Dalej laka – już o niej wspominałam. A zapach? Wietnam zaczął mi się kojarzyć z zapachem ziół. Dopełniają codzienność. I jestem uzależniona od tamtejszej kawy! Najpyszniejsza jaką kiedykolwiek piłam! Kawa po wietnamsku, nawet podam przepis. Zaparzona jak z ekspresu, wcześniej ubija się żółtka z brązowym cukrem, niczym kogel-mogel i dolewa do tego skondensowane mleko. Wszystko to się miesza i dodaje do kawy. Może koś się skusi. To jest szał!

To przyszedł czas na "deser". Mówisz, że z każdej podróży wracasz z jakąś zmianą. Jaką przywiozłaś z Wietnamu? 
Wróciłam z taką myślą… Hm, to co mnie zaskoczyło w Wietnamie, to spokój. Ludzie tam żyją inaczej – w zgodzie z naturą, szybko kładą się spać, wstają ze słońcem. Nie ma szaleństwa. Tak niewiele potrzebują, żeby być szczęśliwymi. Spokój, który mają, zbił mnie z tropu. My w naszym pędzie nie dostrzegamy wielu rzeczy. Niestety po powrocie ten pęd mnie dogonił.

To za czym teraz gonisz? 
Staram się spełniać swoje marzenia. Pewnie jak każdy, ale próbuję cały czas czerpać radość z relacji i sytuacji, które mnie otaczają i są na wyciągnięcie ręki. Ciągle uczę się korzystać z tego, co jest tak blisko, by nie podróżować zawsze tak daleko. 
Oprócz tego mam sporo planów, na których realizacje czekam. Wiele z nich potrzebuje mojego zaangażowania i ogromu pracy, by efekt zadowalał. Są w nich podróże i wiele innych projektów, na myśl o których się do siebie uśmiecham. 
Niestety wiele rzeczy robię na ostania chwilę. Może to jest złe. Ale skuteczne (śmiech).

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

Premiera kolekcji "Vietnam" w Concordia Design

 

tekst: Daria Jezierska